Biała dama – vilanella

 

 

 

 

 

Biała chmura w wiosennym ogrodzie,
gdy na wietrze drży w białej sukience,
kto dorówna magnolii w urodzie.

Kiedy kwitnie, przychodzę tu co dzień,
by uśmiechnąć się chociaż w podzięce
do tej damy w wiosennym ogrodzie.

O poranku drżą płatki na chłodzie,
jak motyle spadają wprost w ręce.
Kto dorówna magnolii w urodzie.

Kwiat ten niesie nam radość, by w zgodzie
budzić dobre uczucia goręcej.
Jak zjawisko w wiosennym ogrodzie.

Spadłe płatki pływają po wodzie
i przybywa ich więcej i więcej.
Kto dorówna magnolii w urodzie.

Urok kwiatów tych zawsze jest w modzie.
Sam ją zobacz i zrób to czym prędzej.
Póki kwitnie w wiosennym ogrodzie,
kto dorówna magnolii w urodzie.

Opublikowano Liryka, Villanella | Otagowano , | Skomentuj

Tytuł książki: DOM MAŁGORZATY

DOM MAŁGORZATY
Autor książki: Kujawska Ewa

Wydawca: Wydawnictwo Czarne

Rok wydania: 2007
Liczba stron: 248
Format: 20 x 13
Nr ISBN: 9788389755889
Język oryginału: polski
Recenzent: Jakubik Joanna

_______________________________________

 
W książce “Dom Małgorzaty” splatają się losy Polki i Niemki w czasach, w których wszystko co ważne zmieniało swój wymiar i znaczenie. Dla tych dwóch kobiet życie skurczyło się do czterech ścian domu, pełnego wspomnień i tajemnic, gdzie osoby nieobecne nadal zajmują swoje miejsca.

Jest początek wojny. Hildegard żegna męża wstępującego do armii, a niedługo potem synów, którzy zbyt szybko dorośli i także zostali żołnierzami. Nigdy ich już nie zobaczy. Zostaje sama w pustym domu. Może tylko czekać, rozmawiając z widmami i wypełniając pustkę codzienną krzątaniną dla nikogo.

Mąż Małgorzaty także jest żołnierzem. On przeżyje wojnę. Małgorzata ma syna, ale nie ma domu. Przyjeżdża więc z dzieckiem do miasteczka, z którego wysiedlono, niemieckie rodziny. Dom Małgorzaty rozbiła niemiecka bomba i teraz Hildegard musi oddać wszystko co było jej całym życiem. Musi opuścić miejsce, w którym była szczęśliwą żoną, matką i przykładną gospodynią.

Przez jakiś czas kobiety mieszkają razem. Jak może wyglądać życie w takiej specyficznej sytuacji? Wystarczy sobie wyobrazić, że ktoś mógłby przyjść do naszego domu, wtedy gdy już straciliśmy całą rodzinę, gdy jesteśmy chorzy i bezradni, by odebrać nam to co jeszcze pozostało. Jaka byłaby wtedy nasza reakcja? Czy można się z tym pogodzić i oprzeć nienawiści? Problem w tym, że Hildegard, której inna kobieta odbierze wszystko, jest po stronie pokonanych i jednocześnie winnych nieszczęść wielu ludzi. Małgorzacie przydzielono ten dom i to ona ma moralne prawo w nim zamieszkać. Nie może się jednak poczuć u siebie, dopóki jest w nim Hildegard. Żadna z kobiet nie ponosi odpowiedzialności za to co się stało. To historia postawiła je wobec takich wyborów. Trudno tu coś ocenić jednoznacznie.

Jest tyle książek opisujących pazerność, okrucieństwo, bezwzględny stosunek do wrogów i pokonanych. To właśnie takie zachowania kojarzą się z wojną i powojennymi przesiedleniami. Ta książka jest zupełnie inna. Nie ma tu wrogości jaką mogłaby stworzyć taka sytuacja. Książka jest opisem zmagań z bólem po stracie bliskich. To historia o próbie budowania normalnego życia i szukania sensu istnienia w drobnych codziennych sprawach i obowiązkach. O sile przetrwania silniejszej niż rozpacz. Potrzebie bliskości i oparcia w drugim człowieku. Wreszcie o tolerancji, szacunku i zrozumieniu dla cierpienia innych.

Losy Hildegard i Małgorzaty opisuje autorka w sposób wzruszający, a jednocześnie pozbawiony przesadnej ckliwości i patosu. Tak, jak opowiada się komuś bliskiemu o tym, co kiedyś nam się przydarzyło. Po cichu, bez uniesień, bez egzaltacji, zamyślając się co chwilę i przystając nad kolejnym epizodem. Coś się dzieje, ale w tym momencie nie ma to znaczenia, to znaczenie odkrywamy dopiero później, kiedy już wszystko minęło. We wspomnieniach tych dwóch kobiet odkrywamy marzenia, problemy i tęsknoty, to kim były, i kim mogłyby się stać gdyby nie wojna. Są podobne do siebie. Obydwie przywiązane do rodziny, nieco surowe, obowiązkowe i dokładne. Byłyby może przyjaciółkami, lecz historia postawiła je po dwu stronach muru dzielącego wrogów. Specyficzna więź, jaka rodzi się między kobietami, tę granicę zaciera i świadczy o głębokim człowieczeństwie, zdolnym oprzeć się nienawiści.

Jedyne słowa krytyczne jakie się nasuwają, to zbyt rozwlekle nakreślone zakończenie, jakby swoim tempem niepasujące do całości. Ale może to co było ważne w życiu tych kobiet, już się wydarzyło. Teraz wystarczy być. I tak przecież spotkają się po tamtej stronie.

Książka “Dom Małgorzaty” jest książką magiczną. Czytając ją, można zapomnieć o wszystkim co dzieje się poza tym niezwykłym miejscem. Autorka posługuje się językiem niemal poetyckim, jednak nie jest to język oparty na górnolotnych sformułowaniach, czy frazach, a na samym ujęciu tematu i sposobie narracji. Ewa Kujawska za swój debiut otrzymała Nagrodę Fundacji Kultury.

 

Opublikowano Recenzje | Skomentuj

Tytuł książki: PIRAMIDY NAPOLEONA

Autor książki: Dietrich William

Wydawca: Dom Wydawniczy REBIS

Rok wydania: 2007
Liczba stron: 506
Format: 21,5 x 13,5
Nr ISBN: 9788375100617
Język oryginału: angielski
Recenzent: Jakubik Joanna

_______________________________________

 
Popularność współczesnej literatury sensacyjnej podsycił sukces Dana Browna i jego “Kodu Leonarda da Vinci”. Powieść “Piramidy Napoleona” może być porównywana do tej najsłynniejszej pozycji. Utrzymana jest w podobnej konwencji i tu także są tajemnice związane z wierzeniami (choć sięgające czasów przedchrześcijańskich), oraz sensacyjne przygody, brawurowe ucieczki i zuchwałe wyczyny bohaterów.

Myliłby się jednak ten, kto by pomyślał, że autor jest debiutantem wykorzystującym popularności Browna.

Autorem książki “ Piramidy Napoleona” jest amerykanin William Dietrich - urodzony w 1951 r. historyk, przyrodnik i dziennikarz. Jest to wytrawny pisarz, laureat Nagrody Pulitzera za reportaże (których był współautorem), po katastrofie ekologicznej, powstałej w wyniku wycieku ropy naftowej z tankowca Exxon Valdez. W Polsce znane są jego powieści „Attyla. Bicz Boży” i “Mury Hadriana” dotyczące historii Rzymu.
Dietrich pisze wyjątkowo sprawnie, a jego narracja jest niezwykle wciągająca. Doskonale też oddaje realia historyczne, nie szczędząc studiów nad okresem, który opisuje. Dzięki temu ówczesna rzeczywistość przedstawiona jest w jego książkach z wielką dokładnością.

Akcja “Piramid Napoleona” rozgrywa się w czasach, gdy Napoleon dopiero zdobywał swą sławę. Po zwycięstwach we Włoszech stał się najsłynniejszym europejskim generałem, lecz gdy wyruszał do Egiptu nikt jeszcze nie widział w nim późniejszego pogromcy Europy. Ten szczupły, niezbyt wysoki, dwudziestodziewięcioletni dowódca, którego spotykamy na kartach książki, nie ma jeszcze nic wspólnego z marmurowym posągiem i ikoną wojny, jaką stworzyli zeń historycy. To człowiek nie bez wad, ale niezwykle odważny, ambitny, pewny siebie i żądny władzy. Wizjoner, który nie waha się, bez względu na ilość ofiar, wprowadzać w czyn swoich wizji, przekonany o ich słuszności. Wyprawa do Egiptu nie jest dla niego tylko wyprawą wojenną i zdobywaniem nowych terenów dla Francji. Napoleon jest przekonany, że wyrusza aby zaprowadzić ład i porządek, a podbite ludy ucywilizować. Na statkach płynących do Egiptu, oprócz żołnierzy i zwykłego żołniersko- wojennego zaopatrzenia, znajdują się także wybitni uczeni, korespondenci wojenni i historycy. Napoleon zamierza bowiem zbadać historię kraju, odkryć jego tajemnice i wszystko to uwiecznić, aby przy okazji opisano także jego własne zwycięstwo. O tym, że zwycięży, jest przecież przekonany.

Nie Napoleon jest jednak główną postacią tej przygodowej książki. Bohaterem jest młody Amerykanin Ethan Gage, były asystent Benjamina Franklina, jednego z Ojców Amerykańskiej Rewolucji, uczonego, filozofa i polityka, a także masona, co jest ważnym elementem w książce. Gage, przebywa we Francji, gdzie stał się sławny także z powodu swojej wiedzy na temat elektryczności.

Lecz nie to jest jedyną przyczyną wpisania go na listę uczestniczących w wyprawie uczonych. Ten młody, pełen energii człowiek, obieżyświat, obywatel świata, władający kilkoma językami, wpadł w tarapaty wygrywając w karty tajemniczy medalion. Okazuje się, że z pozoru niewiele wart medalion, był niegdyś własnością Kleopatry i kryje niezwykłe, starożytne tajemnice. Jest także obiektem pożądania dla wielu osób, które gotowe są bez wahania poderżnąć gardło każdemu, aby tylko ów medalion zdobyć. Od chwili gdy przedmiot ten stał się własnością naszego bohatera, przynosi mu pasmo najróżniejszych nieszczęść. Jednak ciekawość tajemnicy jaką kryje, jest silniejsza, a nasz bohater nie należy do osób, które łatwo się poddają.

Na pięciuset stronach książki (a żadnej z nich nie warto opuścić), czeka go teraz pasmo najróżniejszych przygód, niebezpiecznych, pouczających, a także miłosnych. To, że Gage wychodzi cało z tych opresji, bardziej zawdzięcza szczęśliwym przypadkom i pomocy innych ludzi, niż własnej przebiegłości. Może dzięki temu nie wydaje się tylko papierowo- książkowym tworem, a jest budzącą sympatię, nieomal realną postacią. Dużo w tej powieści poczucia humoru i dystansu, a jest to potrzebne, aby złagodzić nieco niewiarygodne zbiegi okoliczności, wydarzenia, które następują w takim tempie, że czasem trudno za nimi nadążyć, bezwzględność wrogów, bezgraniczne oddanie przyjaciół i miłość silniejszą niż śmierć.

W książce, oprócz sensacyjnych przygód i tajemnic, są także wplecione w nie opisy wojny i napoleońskich podbojów. Do tego należy dodać jeszcze tajemnice masonów, dziwne powiązania ze starożytnym Egiptem, ciekawe wątki i fakty historyczne, oraz próby zrozumienia starych symboli. To jest wyjątkowo bogate tło dla losów i perypetii głównego bohatera. Książka zadowoli każdego, kto lubi sugestywne opisy bitew i zuchwałe wyczyny odważnych bohaterów, sensacje umiejscowione w historycznych wydarzeniach, a wszystko to w dodatku okraszone romantyczną historią w scenerii Egipskich krajobrazów, nad którymi górują piramidy kryjące tajemnice faraonów. Co to za tajemnice? O tym czytelnik sam się musi przekonać czytając co przytrafiło się Ethanowi Gage w Paryżu, jak sobie poradził w Egipcie i co odkrył we wnętrzu piramid.

Autor rozpoczął już prace nad następną częścią książki, której bohaterem jest sympatyczny, odważny i pełen energii Amerykanin, a więc będzie też dalszy ciąg dla tych, którzy ciekawi są jego losów.

“Piramidy Napoleona” czyta się doskonale, zwłaszcza, że obok wymyślonych historii są także prawdziwe wydarzenia. To jej dodatkowy walor, chociaż nie jest to jednak książka historyczna, a sensacyjno - przygodowa. Życzę wszystkim, którzy po nią sięgną, przyjemnej lektury i ciekawej rozrywki.

Opublikowano Recenzje | Skomentuj

Tytuł książki: UKRYTE WADY

UKRYTE WADY
Autor książki: Egholm Elsebeth

Wydawca: Wydawnictwo Replika

Rok wydania: 2008
Liczba stron: 360
Format: 19,5 x 12
Nr ISBN: 9788360383483
Język oryginału: angielski
Recenzent: Jakubik Joanna

_______________________________________

 
Duńska pisarka Elsebeth Egholm urodziła się w 17 września1960 w Nyborg, a wychowała w Lisbjerg w Aarhus. Po ukończeniu Państwowego Gimnazjum, studiowała cztery lata w Royal Academy of Music, ale w 1985 roku przeniosła się na wydział dziennikarstwa w Aarhus. Po ukończeniu studiów pracowała w redakcji gazety Berlingske Tidende w Kopenhadze. W 1992 r. przeniosła się na małą wyspę Gozo, na Malcie, gdzie mieszkała wraz z mężem- angielskim pisarzem Philipem Nicholsonem, autorem popularnych thrillerów, aż do jego śmierci w 2005 r. W tym czasie pracowała jako niezależna dziennikarka i publicystka. Obecnie mieszka w Danii (Kasted w Aarhus). Swoje opowiadania publikowała początkowo w czasopismach, a pierwszą powieść wydała w roku 1999. Od tamtej pory powstało osiem powieści, a autorka stała się bardzo popularna.

Postacią łączącą powieści Elsebeth Egholm, jest Dicte Svendsen – dziennikarka. Ta postać jest także jedną z bohaterek książki „Ukryte wady” wydanej po raz pierwszy w 2002 r. Akcja powieści oparta jest na wydarzeniu, które zbulwersowało całe miasto, jednak plan pierwszy fabuły, to trzy przyjaciółki: Dicte Svensen- dziennikarka, która właśnie wróciła po rozwodzie do swego rodzinnego miasta Arhus i rozpoczęła pracę w miejscowej gazecie; Ida Narie – kobieta w zaawansowanej ciąży, współwłaścicielka biura podróży, której brakuje wsparcia rodzinnego Anne – kiedyś adoptowane wietnamskie dziecko, obecnie położna z kłopotami zdrowotnymi, żona zapracowanego muzyka i matka chłopca w wieku szkolnym.

Trzy przyjaciółki świętowały właśnie urodziny jednej z nich, w kawiarni nad rzeką, gdy Dicte zobaczyła plastikową niebieska balię pływającą przy brzegu, a w niej noworodka. Anne próbowała go ratować, ale noworodek był już martwy. Ida Marie, robiła zdjęcia, dokumentując całe wydarzenie. Będzie ono miało ogromny wpływ na psychikę i całe jej życie. Kobiety zostają mimowolnie wplatane w tajemnicę śmierci dziecka i będą ją próbowały rozwikłać. Nie jest to jednak typowy kryminał, jakby się mogło wydawać, wziąwszy pod uwagę fakt znalezienia martwego dziecka i inne zdarzenia, które łączą się z tą historią. Jest tajemnica śmierci noworodka, a także zaginięcie następnego. Jest śledztwo prowadzone przez policję i równolegle przez same kobiety. Jest czyn godny potępienia i winne mu osoby. Ale w książce to są jakby wątki dodatkowe. Ma to ogromny wpływ na życie trzech przyjaciółek, ale wszystko co je spotyka, wydaje się ważniejsze niż sam motyw kryminalny, dotyczący dziecka z niebieskiej balii. Powoli dowiadujemy się kim są te trzy kobiety, co je spotkało w przeszłości i jakie mają plany na przyszłość. Znajdziemy drobiazgowo opisane stosunki rodzinne, romanse i zdrady, a także dylematy moralne z jakimi spotkała się każda z nich w przeszłości, i jakie musi rozwiązać teraz. To wszystko odkrywamy powoli obserwując wydarzenia, przeplatane wspomnieniami kobiet.

Początkowo treść nie jest zbyt zajmująca, a nawet rozczarowuje, jeśli przeczyta się opis książki i pozytywne o niej opinie. Często fabuła odbiega od głównego tematu, poszczególne wątki są niespójne i niezbyt ciekawe. Wielokrotnie przytaczana tragedia z 11 września, skupia uwagę na stosunku do emigrantów. Odczucia poszczególnych bohaterów, powtarzane w różnych kontekstach, ciągłe przywoływanie wydarzenia znad rzeki, sprawia wrażenie tworzenia sztucznych, nieprawdziwych sytuacji. Nawet romans, który się zawiązuje, pomiędzy Dicte i współpracującym z nią fotografem, jest na początku niezbyt wiarygodny i ledwie zarysowany. Zbyt dużo pojawia się postaci i spraw, które nie mają wpływy na treść książki. Te poboczne wątki rozpraszają. Wygląda jakby autorka nie mogła się zdecydować, o czym właściwie chce pisać, a skoro już napisała, jakby szkoda jej było z czegoś zrezygnować. Druga część rekompensuje taki sposób wypełnienia treści. Wiele spaw znajduje swoje rozwiązanie, a akcja nabiera tempa, dzięki czemu można zapomnieć o pierwszym niezbyt porywającym wrażeniu. Książka dotyczy spraw najważniejszych w życiu każdego człowieka. To wzruszająca książka o potrzebie miłości i potrzebie poczucia bezpieczeństwa, w której nawet romanse są raczej szukaniem oparcia w drugim człowieku, a nie tylko porywem uczuć i przygodą. To książka o odpowiedzialności za drugiego człowieka, który powierzył nam swoje życie. Książka o skomplikowanych ludzkich losach, gdzie nawarstwione konflikty, przez lata odsuwane w cień, prowadzą do rozpadu związków. W końcu jest to książka o radzeniu sobie w sytuacjach ekstremalnych, gdy ocieramy się o śmierć, lub stajemy na krawędzi, poza którą możemy spotkać się z własną śmiercią.

Na dylematy moralne, które porusza książka, czytelnik musi odpowiedzieć sobie sam, ponieważ nie ma tu rozwiązań jednoznacznych. Nikt tu nie jest ściganym, ani ścigającym. Nikt nie jest bohaterem bez skazy, ani nie jest bezgranicznie zły, nawet jeśli jest winny zdrady, czy śmierci noworodka. „Ukryte wady” to kryminał, w którym nie ma zbrodniarzy, a śledztwo przynosi ze sobą odkrycie zupełnie innych tajemnic niż byśmy się tego spodziewali.

Powieść Egholm Elsebeth jest mocno umieszczona we współczesnym świecie. Znajdziemy tu przypomnienie prawdziwej zbrodni w USA, sprzed kilku lat, nierozwiązanej do dziś, kiedy to w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia 1996 r. w piwnicy domu gdzie mieszkała, znaleziono ciało zgwałconej sześcioletniej miss piękności. Są tu także wątki o dziecięcej pedofilii, wątek o adopcji, aborcji i zapłodnieniu in vitro, a także wątek związany z zawładnięciem ludzkimi umysłami przez sekty. Nawet tragedia zamachu na World Trade Center z 11 września 2001r., ma w treści swoje uzasadnienie. Myślę, że książka jest ciekawą lekturą i warto ją przeczytać.

Wiadomości o autorce: http://www.elsebethegholm.dk/

http://da.wikipedia.org/wiki/Elsebeth_Egholm

http://www.litteratursiden.dk/sw1758.asp

Opublikowano Recenzje | Skomentuj

PUŁKOWNICY – czwarta część cyklu BRATERSTWO BRONI

PUŁKOWNICY - czwarta część cyklu BRATERSTWO BRONI
Autor książki: Griffin W.E.B
Wydawca: Dom Wydawniczy REBIS 

Rok wydania: 2008
Liczba stron: 542
Format: 21,5 x 13,5
Nr ISBN: 9788373019775
Język oryginału: angielski
Recenzent: Jakubik Joanna

_______________________________________
W.E.B. Griffin – autor bestsellerów o tematyce wojskowej, przedstawia następną odsłonę losów bohaterów cyklu ”Braterstwo Broni”. Książka “Pułkownicy” jest czwartą częścią tego cyklu. Niebawem ukaże się, przygotowywany właśnie do druku, następny tom pt. “Zielone berety”. Wszystkie książki mają podobną szatę graficzną i w gruncie rzeczy podobną treść, pomimo, że wydarzenia dotyczą różnych okresów historycznych. I tom “Porucznicy” dotyczy II wojny światowej , II tom “Kapitanowie” to czasy wojny w Korei, III tom “Majorowie”- to wojna w Indochinach. Tym razem akcja książki rozgrywa się w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, a rozpoczyna się atakiem Bid Bad Bird II (super nowoczesnego amerykańskiego helikoptera wojskowego do zwalczania broni pancernej) i zniszczeniem pięciu rosyjskich czołgów T-34/85.

Tu muszę uspokoić czytelników, bowiem żadna III wojna światowa (ani prawdziwa ani wymyślona) nie rozpoczęła się oczywiście. Atak miał tylko przedstawić Wielkiego Złego Ptaka szerszej publiczności i wykazać skuteczność takich maszyn, a co za tym idzie przekonać o konieczności ich budowy. Nie było to takie pewne, ze względu na cofnięte dotacje na ten cel. Major C.W.Lowell, postanowił udowodnić, że wystrzelenie rakiety to pestka, a wybrał moment wyjątkowo spektakularny, ponieważ właśnie odbywał się pogrzeb młodego porucznika Edwarda C.Greera, jednego z bohaterów książki “Majorowie” , który zginął, kiedy eksplodowała przedwcześnie jedna z rakiet umieszczonych na gotowym do prezentacji, super nowoczesnym helikopterze. Major C.W.Lowel dokonał zniszczenia rosyjskich czołgów, oczywiście na własną odpowiedzialność i teoretycznie powinna go spotkać surowa kara, ale mamy przecież czasy pokoju, a taka niesubordynacja była w tym momencie wielu osobom na rękę. Jakoś przecież trzeba udowodnić, że nie tylko w czasie wojny, wojsku potrzebne są finanse i nowe, bardziej nowoczesne helikoptery.

Podobnych pokazowych epizodów jest w książce więcej, a dopełniają je przeróżne smaczki, dotyczące samych bohaterów, ich przygód, a czasem nawet ubioru. Czy ktoś może się domyśla co sprawiło, że spodnie pułkownika Paula T.Hanrahana, podczas jego pierwszej wizyty w Forcie Bragg, gdzie miał objąć dowództwo po przyjeździe z Wietnamu, tak pięknie się prezentowały? Otóż dzięki podtrzymującym je prezerwatywom (!) To właśnie dzięki nim, a także dzięki pomysłowości i zapobiegliwości żony pułkownika, utworzyły się charakterystyczne, gustowne bufki, nad wyczyszczonymi do połysku spadochroniarskimi butami marki Corcoran. Tu można zadać pytanie, czy podawanie marek obuwia jest tylko informacją urealniającą opis, czy też cel był bardziej komercyjny. Ale w końcu to sprawa autora i wydawcy. Być może tego rodzaju ukryta reklama jest czymś naturalnym. Ktoś musi przecież finansować wydanie książki, w czasach zmniejszającej się liczby czytelników.

W. E. B. Griffin opiera fabułę swych sensacyjnych powieści w dużej mierze na własnych doświadczeniach, był bowiem podoficerem kontrwywiadu i korespondentem wojennym a później rzecznikiem prasowym (public information officer) w X Korpusie Armii USA. Dzięki temu, znajdziemy w treści tych książek bardzo realistyczne opisy życia żołnierskiego, oraz stosunków i zwyczajów panujących w armii. Jednak ma się nieodparte wrażenie ubarwiania poszczególnych postaci i sytuacji, które nawet jeśli mogłyby się wydarzyć, to w rzeczywistości byłyby mniej sensacyjne, zabawne i ciekawe. Dzięki temu jednak, książkę czyta się świetnie i nawet osoba, którą nie bardzo interesuje tematyka wojskowa, z ciekawością śledzi losy głównych bohaterów.

Książka ma wiele odnośników do poprzednich części, ale poszczególne tomy można czytać bez znajomości poprzednich, ponieważ stanowią osobne historie. Łączy je tematyka wojskowa i losy głównych bohaterów. Oprócz Majora Craiga.W.Lowella (najbarwniejszej z postaci), pułkownika Sanforta T. Feltera, podpułkownika Rudolfa C. MacMillana i generała Roberta Bellmona i innych, których znamy z poprzednich części cyklu, pojawia się mnóstwo nowych osób. Jest ich razem tak wiele, że aby wszystko zapamiętać, trzeba by zrobić spis z odpowiednią adnotacją, dotyczącą funkcji jakie pełnią i awansów jakie zmieniają dystynkcje przed nazwiskiem. Do tego dochodzą jeszcze żony i dzieci, kochanki, sekretarki, przyjaciółki i wiele innych mniej znaczących postaci. Jest także rys historyczny, który w książce Pułkownicy dotyczy nie wojny, a okresu pokoju. Są jednak pewne zaszłości, które należy rozwiązać, no i są to lata pięćdziesiąte, a konflikt kubański spowodował, że wojna zawisła na włosku. Nasi bohaterowie będą więc mieli sporo roboty. Oczywiście udowodnią , że są wspaniałymi żołnierzami, dowódcami i strategami, dzięki którym wszystko będzie tak, jak być powinno.

Każda z pozycji cyklu dotyczy innego okresu historycznego i to jest dodatkowym walorem tych książek. Fikcja literacka przeplata się tu z prawdziwymi wydarzeniami. Jednak sytuacja polityczna przedstawiana jest dość jednostronnie. Nie sposób traktować tych opowieści jak wiarygodne źródło wiadomości historycznych. Są to przede wszystkim książki przygodowe, a talent narracyjny autora sprawia, że czyta się je z zainteresowaniem. Wszystkim, którzy sięgną po tę pozycję, życzę miłej lektury.

Opublikowano Recenzje | Skomentuj

MAJOROWIE – trzecia część cyklu BRATERSTWO BRONI

MAJOROWIE - trzecia część cyklu BRATERSTWO BRONI
Autor książki: Griffin W.E.B
Wydawca: Dom Wydawniczy REBIS 

Rok wydania: 2008
Liczba stron: 407
Format: 21,5 x 13,5
Nr ISBN: 9788373019768
Język oryginału: angielski
Recenzent: Jakubik Joanna

_______________________________________
W.E.B. Griffin jest autorem wielu amerykańskich bestsellerów o tematyce wojskowej. ”Braterstwo Broni” to jedno z najsłynniejszych jego dzieł, a książka “Majorowie” jest trzecią częścią tego cyklu. Poprzednie tomy to “Porucznicy” i “Kapitanowie”, a całość uzupełni niebawem, przygotowywany właśnie do druku, następny tom pt. “Pułkownicy”. Wszystkie książki z cyklu mają podobną szatę graficzną. Losy bohaterów z poszczególnych części łączą się w jedną całość, ale każda z pozycji dotyczy innych wydarzeń i innego okresu historycznego.

Główne postaci występujące w książkach, czyli nasi bohaterowie: Lowell, Felter, MacMillan i Parker, a także ich koledzy, przeżywają najróżniejsze przygody i dramaty osobiste, uczestniczą w działaniach wojskowych, zakończonych szczęśliwie pomimo rozlicznych przeciwności, co , jak widać po tytułach poszczególnych części, owocuje awansami.

W. E. B. Griffin, po wstąpieniu do wojska, służył w Niemczech jako podoficer kontrwywiadu. W 1951 roku, podczas wojny w Korei, był korespondentem wojennym, później zaś rzecznikiem prasowym (public information officer) w X Korpusie Armii USA . Fabułę swych sensacyjnych powieści, opiera w dużej mierze na własnych doświadczeniach. Dzięki temu, znajdziemy w treści tych książek, bardzo realistyczne opisy życia żołnierskiego, oraz stosunków i zwyczajów panujących w armii. Powieść “Majorowie” rozpoczyna wątek związany z konfliktem w Indochinach z 1954 roku, pomiędzy Francuzami, a siłami partyzanckimi Ho Chi Mina. Wezwani na pomoc żołnierze amerykańscy, zaprawieni w bojach II wojny światowej (I tom “Porucznicy”), a potem w Korei (II tom “Kapitanowie”), oczywiście wykażą się niebywałą odwagą, zdobędą sławę i osiągną szczyty chwały. Ta oczywistość wyjątkowości głównych bohaterów, jest cechą charakterystyczną całego cyklu. To oni podejmują jedynie słuszne decyzje, oni świecą przykładem i oni zadziwiają bohaterstwem. Nie na darmo zasłużenie awansują.

Książka dotyczy wydarzeń historycznych, trochę już zapomnianych, lub nawet mało znanych i dosyć egzotycznych dla przeciętnego, współczesnego czytelnika. To może być jej niewątpliwym atutem. Jest to jednak przede wszystkim książka przygodowa i chociaż uważny czytelnik może wyłowić wiele ciekawych faktów z tego okresu, to całość jest oparta głównie na opisach przygód głównych bohaterów.

Rozdziały mają przypisany czas i miejsce. Książka rozpoczyna się wizytą majora Feltera, u prezydenta Stanów Zjednoczonych, w dn. 10 marca 1954 r. , a już 21 marca jesteśmy po: przygotowaniach do podróży, zamieszaniu na lotnisku, locie na pokładzie samolotu, katastrofie tegoż i przedzieraniu się przez dżunglę, gdzie w każdej chwili mogą naszych bohaterów odkryć i zabić partyzanci, Mamy za sobą także pobyt w szpitalu na terenie najbardziej wysuniętego posterunku francuskiego w Dien Bien Phu i spełnienie misji, tajnej oczywiście.
26 marca Rudolf J.G. Mac Millan ( jeden z uczestników misji), gra już sobie spokojnie w golfa, z Robertem F. Bellonem na terenie Fortu Knoks. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, bo mogło się tak zdarzyć, że Mac Millan błyskawicznie wykonał zadanie, wrócił i odpoczywa. Jesteśmy jednak dopiero na 68 stronie, a on opowiada swojemu koledze, z najdrobniejszymi szczegółami wszystko to, co czytelnik właśnie zdążył przeczytać.

Nie wiem czy to problem z tłumaczeniem, czy taki był zamiar autora. Dzięki powtórkom, błyskawicznie przybywa stron w książce, a my mamy lekkie deja vu. Takie powtórki, porządkujące treść książki, są tu nawet użyteczne, bo w treści i dialogach jest mnóstwo szczegółów z życia bohaterów, a opisy z poprzednich części, wtrącane są w opisy wydarzeń dziejących się obecnie. Natłok różnych wiadomości i detali, powoduje zamieszanie, zwłaszcza, że akcja książki dzieje się bardzo szybko. Ta szybkość też jest czasami zastanawiająca. Dziewiętnastoletni adiutant generała E.Z.Blacka, został ranny w czasie akcji w Indochinach i przebywał w szpitalu. Prosił wtedy o możliwość ukończenia szkoły dla pilotów helikopterów. Natomiast w czasie rozmowy podczas gry w golfa, dowiadujemy się, że już tę szkołę ukończył (?).

Ale cóż znaczą takie drobiazgi, wobec opisów działań i wyglądu ponętnych pielęgniarek – masażystek, potrafiących docenić bohaterskie czyny rekonwalescenta, którym się troskliwie opiekują. Wszak dziewiętnastoletni Greer, o twarzy dziecka, uratował skórę, a raczej…( sorry za cytat)… kutasa, Francuzowi, który wraz z pozostałymi trzema śmiałkami, wyskoczył z samolotu. To, że Grrer skakał z samolotu po raz pierwszy w życiu, a samolot chwilę potem rozleciał się na kawałki razem z resztą pasażerów i załogą, jest tylko dopełniającym fabułę drobiazgiem. Wracając do cytatu, dialogi kwieciście się w książce prezentują i nie jeden taki i wiele podobnych cytatów, da się tu wyłowić. Ano jak to przy wojsku.

Opisane sytuacje zaskakują, budzą podziw, wzruszają i śmieszą. Wyjątkowy talent narracyjny autora sprawia, że książki te czyta się wyjątkowo łatwo. Podobnie jak poprzednie i ta część “Braterstwa broni”, przypomina trochę schemat, który znamy z amerykańskich filmów. Scenariusz na podstawie tej powieści, nie trudno byłoby napisać. Taki rodzaj filmów, nadal przyciąga widzów do kin. W dodatku byłby to serial, a to jak wiadomo gwarantuje oglądalność następnych części. Podobnie jak czytanie następnych części cyklu papierowego. Cokolwiek by nie mówić, książkę Majorowie, miłośnik tego rodzaju literatury, przeczyta z wypiekami na twarzy i może ona być dla niego prawdziwą gratką.

 

Opublikowano Recenzje | Skomentuj

KAPITANOWIE – druga część cyklu BRATERSTWO BRONI

KAPITANOWIE - druga część cyklu BRATERSTWO BRONI
Autor książki: Griffin W.E.B 

Wydawca: Dom Wydawniczy REBIS

Rok wydania: 2007
Liczba stron: 367
Format: 21,5 x 13,5
Nr ISBN: 978837301975
Język oryginału: angielski
Recenzent: Jakubik Joanna

_______________________________________
W. E. B. Griffin, to autor sensacyjnych książek o tematyce wojskowej. Napisał blisko czterdzieści powieści, które przełożono na wiele języków. Książka “Kapitanowie” jest częścią cyklu pod wspólnym tytułem “Braterstwo Broni”, w którego skład wchodzą: “Porucznicy”, “Kapitanowie” i “Majorowie” (książka przygotowywana do druku). Fabułę swoich powieści Griffin w dużej mierze opiera na swoich własnych życiowych doświadczeniach i podróżach. Po wstąpieniu do wojska, autor służył w Niemczech jako podoficer kontrwywiadu, a w 1951 roku, podczas wojny w Korei, był korespondentem wojennym, później zaś rzecznikiem prasowym (public information officer) w X Korpusie Armii USA . Tego okresu dotyczy właśnie książka “Kapitanowie”.

Akcja powieści rozpoczyna się inwazją Koreańskiej Armii Ludowo-Demokratycznej na pozycje Armii Południowo- Koreańskiej. Amerykanie uczestniczyli w tej wojnie “…w związku z operacją pokojową w Korei” – jak to elegancko nazwano w rozkazie wojskowym dostarczonym jednemu z bohaterów.

Drobiazgowy opis codziennej rzeczywistości, panujących zwyczajów, ukrytych konfliktów i wewnętrznych stosunków w armii, doskonałe osadzenie w realiach służby w Armii USA , sprawia, że książka nie wydaje się wymyśloną historią, gdzie prawdziwe wydarzenia historyczne wplątane są tylko w historie papierowych bohaterów. Te historie mają posmak rzeczywistości. Czy do końca prawdziwej? Z pewnością widzianej z innej perspektywy niż ta, do której polski czytelnik jest przyzwyczajony. Może to taka perspektywa, jaką chciałby widzieć czytelnik w swojej wyobraźni, a więc przygoda i sensacja. Świat twardych, prawdziwych mężczyzn. A w książce są właśnie prawdziwi mężczyźni : młodzi, wspaniali, niezwykle odważni, podejmujący bez wahania najtrudniejsze decyzje i biorący na siebie odpowiedzialność za osoby, które im podlegają. Takich dowódców chciałby mieć każdy żołnierz. W tle są także ci mniej wspaniali, ale oni nie są głównymi bohaterami.

Wojna to nie zabawa. Jak jest prawdziwa niech świadczy fragment gdzie Parker (jeden z bohaterów książki) wykonuje zadanie wzmocnienia posterunku i strzela bez wahania do porucznika, który odmówił wykonania rozkazu, a potem celuje do żołnierzy zmuszając ich do powrotu. Ale to tylko jeden z niewiele znaczących epizodów.

Są prawdziwi mężczyźni, a wiec muszą być i prawdziwe kobiety.

Jeśli młode, to oczywiście piękne. Jeśli już nie młode, to z dużym biustem i jeszcze większym temperamentem. Są również kochające, czekające i stęsknione żony. A także żony z przeszłością, o honor których trzeba walczyć, przeciwko niegodziwemu światu. Czyli rycerze i ich damy.

Bo w gruncie rzeczy jest to książka o rycerzach. O braterstwie, przyjaźni, poświęceniu i odwadze. O dzikim farcie, dzięki któremu można wyjść cało z najbardziej niebezpiecznych opresji. O brawurze, która nigdy nie okazuje się głupotą, a przynosi sławę i medale. No i oczywiście o miłości, bo jakże bez niej mogłaby się obyć książka o prawdziwych mężczyznach.

Fabuła nie jest jednak tak przewidywalna jakby się wydawało. Na pozór znamy bohaterów powieści. To te same osoby, które pojawiły się w książce “Porucznicy”: pilot Rudolf “Mac” MacMillan, czołgista Craig Lowell i oficer wywiadu Sanford T. Felter. W treści książki przewijają się nawet przypominane wątki z pierwszej powieści cyklu. Książka” Kapitanowie” jest jednak osobną historią, czytelną bez znajomości poprzedniej.

Podczas lektury jest wiele rzeczy, które potrafią zaskoczyć polskiego czytelnika. Stosunki Amerykanie-Koreańczycy, gdzie słowo “żółtek” to zwykłe określenie, nawet nie dziwią. Historia to historia, dla Polaka dosyć odległa i nie budząca dużych emocji. Jak się skończyła, wiadomo.

Ale są też przykłady bliższe. Ojciec młodziutkiej i uroczej żony Creiga Lowella, hrabia Peter Paul von Greiffelberg, był niemieckim oficerem zawodowym i członkiem partii narodowosocjalistycznej. W dodatku właśnie wrócił z niewoli sowieckiej! Co to była za niewola!? Jest pięć lat po wojnie! Co hrabia robił w czasie wojny, skoro trafił do sowieckiej niewoli i przesiedział tam do 1950 roku? Ano był komendantem stalagu, a w dalszej części książki dowiadujemy się też, że zaprzyjaźnił się z Bellonem, kolegą Lowella, który tam siedział. Zaprzyjaźnił się?! Tak sobie Amerykanie wyobrażają stosunki panujące w stalagach? Może to sanatorium było? Koniec wojny, więc może taka przyjaźń była pomocna. Okazuje się wprawdzie później, że tatuś jest jedynym żyjącym uczestnikiem spisku Greiffenberga, czyli spisku na życie Hitlera, ale trochę to za mało aby współczuć mu, gdy smaruje rogalik delektując się jego smakiem podczas śniadania. W niewoli sowieckiej nie jadał takich pyszności, w ogóle niewiele jadał biedaczek. Ach, spryciula, nie dość, że nie dał się złapać Niemcom, chociaż wszystkich uczestników spisku rozstrzelano, to jeszcze zabezpieczył sobie tyły na później.

Niewątpliwy talent narracyjny autora sprawia , że śledzi się losy bohaterów z zapartym tchem, a niespodziewane zwroty akcji wywołują dreszczyk emocji. W końcu nie na darmo jest to książka sensacyjna. Opisane sytuacje zaskakują, budzą podziw, wzruszają i śmieszą. A humoru jest dużo i zadziwia to, jak łatwo autor łączy historyczne wydarzenia, ludzkie losy, obowiązki wojskowe, wojnę, śmierć i różnego rodzaju sensacje, z humorem. Zdziwi się jednak ten kto będzie szukał w książce pustej komedii. Humor nadaje lekkości, lecz nie jest celem samym w sobie.

Książka rozpoczyna się kilkoma pozornie niezwiązanymi ze sobą epizodami, w różnych częściach świata. Dzięki nim poznajemy bohaterów występujących w dalszej części książki. Akcja nabiera tempa aby pod koniec jeszcze przyspieszyć. No i oczywiście wszystko dobrze się kończy (będzie przecież dalszy ciąg). Chciało by się powiedzieć: wszystko jak na amerykańskim filmie. Bo i przypomina to trochę schemat, który znamy z amerykańskich filmów. Ale jest to film, który potrafi zaciekawić, a książkę czyta się doskonale.

Wszystkim, którzy po nią sięgną życzę przyjemnej lektury.

Opublikowano Recenzje | Skomentuj

Tytuł książki: MYŚLIWY

MYŚLIWY
Autor książki: Robinson Patrick
Wydawca: Dom Wydawniczy REBIS 

Rok wydania: 2007
Liczba stron: 424
Format: 12,8 x 19,7
Nr ISBN: 9788373017849
Język oryginału: angielski
Recenzent: Jakubik Joanna

_______________________________________

 

Alfred Hitchcock kręcąc swoje filmy wymyślił zasadę: „Na początku trzęsienie ziemi a potem napięcie rośnie”. Nie bez powodu mówię o filmie, bo czytając książkę Patricka Robinsona można mieć wrażenie jakby się oglądało film sensacyjny, nakręcony według takiej zasady. W dodatku jest to film z podtekstem politycznym i wątkami, które mają wpływ na losy świata. Pytanie czy mogłoby się coś takiego wydarzyć? Książka opisuje niedaleką przyszłości, gdzie losy państw uzależnione są od rynku paliw, a od płynności przepływu ropy naftowej zależy cała gospodarka świata. Na drugim końcu tego płynącego nieustannie strumienia, znajduje się kraj gdzie pieniądze przelicza się na baryłki, a jest ich tyle, że nie ma rzeczy niemożliwych dla tych, do których płyną zyski. Nawet zakazy religijne przestają się liczyć, przynajmniej dla rodziny królewskiej zarządzającej bogactwami i korzystającej bez umiaru z uciech życia. Ten kraj to Arabia Saudyjska.

A jak wygląda owo początkowe Hitchcockowskie trzęsienie ziemi? Bajecznie bogaty, nieodpowiedzialny, nie liczący się z nikim, kompletnie pijany książę saudyjski, postanawia sam kierować swoim jachtem, zabierając na przejażdżkę po porcie przyjaciół towarzyszących mu stale w jego szaleństwach. Skutki są opłakane. Jacht wbija się w burtę ogromnego statku pasażerskiego zacumowanego u wybrzeży Monaco. Seria wybuchów powoduje kataklizm, o którym długo będą się rozpisywać gazety, a echo tej eksplozji dotrze do wszystkich zakątków świata. Lecz to dopiero początek wydarzeń, które potoczą się teraz jak lawina.

Czy pisząc recenzję można przedstawić w skrócie fabułę książki, w której opisano tyle sensacyjnych wydarzeń? I czy jest to w ogóle potrzebne? Książkę należy przecież przeczytać samemu. Zdradzanie jak się ta historia kończy, to jak powiedzenie kto zabił, czytającemu kryminał. Ale i tak najważniejsze jest, jaką drogą zmierza się do finału. Droga ta obfituje w niezliczone epizody, a każdy z nich mógłby być osobną opowieścią. I wszystko tu jest nieprawdopodobnie sensacyjne. Władcy Arabii Saudyjskiej, niewyobrażalnie bogaci, zapomnieli, że ciąży na nich odpowiedzialność za państwo i obywateli. Sam pomysł ratowania kraju, toczącego się w przepaść, z powodu trwonienia pieniędzy przez grupę książąt mających zbyt duże przywileje, jest już niezwykły i kontrowersyjny.

Można sobie zadać pytanie, czy nie jest gorszym rozwiązaniem niż dotychczasowa polityka rządu, podporządkowana interesom i zachciankom rodziny królewskiej? No i czy pomysł aby wszystko zniszczyć, by potem naprawić, jest dobrym pomysłem? ŚWIETNYM! Oczywiście na potrzeby sensacyjnej książki.

Kim jest tytułowy Myśliwy? To postać niezwykle ciekawa, skupiająca odwagę, ponad przeciętne umiejętności komandosa, stratega i żołnierza, a jednocześnie ojciec rodziny kochający swoją żonę i dzieci. Pragnący zapewnić im jak najlepsze, bezpieczne, spokojne życie. Jest francuskim muzułmaninem, żyjącym według nakazów Koranu. W książce czytelnik znajdzie mnóstwo niezwykłych postaci i niemal prawdopodobnych, sensacyjnych wydarzeń. Okręty podwodne przepływające w taki sposób, że nikt ich nie zauważy. Rakiety Cruise trafiające dokładnie w wyznaczony cel. Nurków, którzy po rozmieszczeniu ładunków wybuchowych, w najbardziej strzeżonych portach świata, wracają na okręt i spokojnie kończą grę w karty, gdy okręt wraca do macierzystego portu, nadal przez nikogo niezauważony.

Najemników, którzy za krociowe wynagrodzenie, pomagają w przeprowadzeniu zamachu stanu. Polityków, którzy namówieni przez Księcia Nasira, nie wahają się postawić na szali losów świata z jednej strony, a z drugiej strony interesów swego kraju, licząc oczywiście i na własne zyski. Młodych przedstawicieli Al-Kaidy gotowych do poświęcenia własnego życia.
Porty i bazy wojskowe, które kule ognistych wybuchów niszczą doszczętnie. Pałac Królewski w Rijadzie staranowany przy lecący Bening 737, w czasie samobójczego ataku zamachowców. Członków wywiadu, którzy potrafią z mało znaczących, drobnych wiadomości, upleść nić doprowadzającą do przyczyny niezrozumiałych wypadków i osób za nie odpowiedzialnych. I jeszcze wiele innych zdarzeń, których nie sposób opisać w kilku zdaniach.

Rodzi się następne pytanie: Czy w czasach gdzie z satelity można obserwować każdy zakątek świata i policzyć na przykład guziczki w bluzce dziewczyny siedzącej na ławce, a informatorzy przekazują swoje spostrzeżenia błyskawicznie, można zrobić coś w taki sposób, aby nikt się nie dowiedział kto to zrobił? NIE MOŻNA!

Ktoś decydujący się na taki krok, nie mógłby być anonimowy, w dodatku sam znalazłby się w środku piekła, które rozpętał. Świat jak naczynia połączone, gdzie równowaga płynu dającego energię jest rzeczą pierwszoplanową. Bez tej równowagi gasną światła, zatrzymują się samochody, padają korporacje, dostają zapaści giełdy walutowe, inflacja szaleje, cały świat ogarnia kryzys finansowy.

„Myśliwy” to sensacyjna książka, mająca na celu tylko rozrywkę, czy symulacja scenariusza, wcale nie takiego niemożliwego w realizacji? Książka jak ostrzeżenie? Może przerysowana historia, zwracająca uwagę na zagrożenia istniejące? To wszystko jest jednak tylko kolejnym trzęsieniem ziemi, po którym napięcie rośnie. Reszta jest w książce. Jak ze sobą wszystko połączyć? Tę tajemnicę czytelnik musi odkryć sam.

Mam nadzieję, że zachęciłam do przeczytania książki wszystkich tych, którzy lubią tego rodzaju literaturę. Nie wykluczam też, że mogłam zniechęcić tych, którzy wolą spokojniejsze lektury. Ale myślę, że ci ostatni także nie czuliby się znudzeni, podobnie jak autorka tej recenzji, choć lektury wybiera zazwyczaj mniej sensacyjne.

 

Opublikowano Recenzje | Skomentuj

Romans na trzy róże

Gdy dojechała na miejsce, było już prawie ciemno. Zaparkowała samochód na chodniku, obok bilbordu z plakatem reklamującym najnowszy film pt. Wielki Napad.
- Jak drogowskaz! – pomyślała. – Czyżby Kuba celowo kazał go tu postawić? Zawsze był z niego megaloman pierwszej klasy.

Znała to osiedle. W czasie studiów w kilka osób wynajmowali mieszkanie w jednym z bloków. Potem Marek wykupił je i zamieszkał tu na stałe. Nawet gdy każde z nich miało już swoją pracę, a niektórzy pozakładali rodziny, często się u niego spotykali. Po wyjeździe Kuby ich paczka jakoś się rozpadła i rozeszli się w swoje strony. Czasem jakiś telefon, kartka na święta, ale to wszystko.
Dominika dawno tu nie była. Szła teraz pustą alejką osiedlową, rozglądając się wokoło, zdziwiona, że właściwie nic tu się nie zmieniło.
Na pobliskim skwerku, przechadzał się jakiś łysy, tęgawy jegomość z psem. W pewnym momencie wszedł na trawnik i zaczął zrywać róże, które tam rosły.

- Co on wyrabia? Kradzione róże szczęścia nie przynoszą!
Przypomniała sobie swoją ostatnią randkę przed wyjazdem Kuby. Wręczył jej takie trawnikowe róże i tyle go widziała.
Właściwie dlaczego tak pusto, jeszcze nie ma ósmej? Starzeje się osiedle. A tak kiedyś wszyscy zazdrościli mieszkańcom. To nadal tylko miejska sypialnia. Wszyscy już siedzą w fotelach i gapią się w telewizor, albo śpią, bo jutro do pracy.
Czemu właściwie zgodziła się przyjść? Dziwne to spotkanie po latach. W pierwszej chwili, próbowała nawet się wymigać, tłumacząc, że właśnie dopadła ją inwazja wirusów, ale Marek nie chciał o tym słyszeć.

- Musisz przyjść! Zrobię ci takiego drinka, że z mety wyzdrowiejesz. Kuba będzie tylko kilka dni, bo potem leci  do Francji. Wymyślił sobie,  że u  nas będzie prapremiera filmu, dopiero potem trafi do kin w całej Europie. Fajnie , nie. Taki patriota się w nim obudził. No i koniecznie chce nas wszystkich zobaczyć. O tobie wspominał kilka razy. No! Pani dyrektor, nie rób mi tego! Kuba tak mnie prosił, żeby wszystkich ściągnąć.

Nie potrafiła odmówić.
- Jakiś czynnik miłości pewnie zadziałał – uśmiechnęła się do wspomnień. – A może to ciekawość? Jak też może wyglądać wielki pan reżyser po latach? Na jego stronie internetowej, której nie omieszkała przewertować, są tylko zdjęcia z młodości, albo takie ujęcia, że w ogóle nie widać, czy się zmienił. Uczelniany amant zawsze potrafił czarować. Jeszcze teraz na samo wspomnienie miała motyle w żołądku. Coś było w nim takiego, że każdą dziewczynę okręcił sobie wokół palca. Nawet nie był przystojny. Niezbyt wysoki, ze skłonnością do tycia, tylko te jego oczy. No i pomysły nie z tej ziemi. Kiedyś wybiegł w nocy z prywatki, bo jedna z dziewcząt powiedziała, że ma ochotę na szarlotkę. I wrócił z szarlotką. Wszyscy zachodzili w głowę, gdzie znalazł otwartą cukiernię, albo jaką babcię obrabował z tej szarlotki. Nic nie powiedział, tylko się uśmiechał i mrużył te swoje oczyska. A szarlotka była pyszna. Przy nim nawet ostatnia brzydula czuła się jak dama.
- Maleńka, z tej mąki będzie chleb. Poczekaj, aż wrócę!
Takie tam gadanie. Nie miała wielkich nadziei, że mogło być to coś więcej, niż przelotne zauroczenie. Nawet przecież nie romans. Wyjechał. Z początku było kilka listów, a potem cisza. Ona też nie pisała. Wiadomości z gazet docierały, ale każdy miał swoje sprawy. Nie ma co żałować róż, jak życie mija.

Zdziwiło ją, że wejście na klatkę schodową jest otwarte. Ktoś zablokował drzwi. Może domofon zepsuty?
Światło zgasło na półpiętrze i teraz musiała wejść wyżej i znaleźć przycisk, aby je ponownie włączyć. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć… Dominika szła wolno w ciemności, licząc schody. Czuła się nieswojo. Nie była osobą lękliwą, ale w końcu, dlaczego właściwie zgasło? W dodatku za sobą słyszała jakieś szuranie i postękiwania. Zaczęła wchodzić prędzej, lecz skutek był taki, że noga zsunęła się jej z krawędzi schodka. Poczuła ból skręconej stopy i zachwiała się. Byłaby upadła, gdyby ją ktoś nie złapał za ramię.

- No, paniusiu, uwaga, bo idzie łamaga. Co Pani tak ucieka? Coś z tym czujnikiem ruchu nie tak jak trzeba. Złośliwiec jeden ludzi straszy. Zaraz zapalimy światło…, oj chyba się zepsuło na dobre. Może pani iść? Chyba nie bardzo, ale zaraz coś poradzimy – nieznany osobnik objął ją opiekuńczo i krzyknął do psa – Mars, do domu!

Za chwilę z mrocznego korytarza słychać było jak pies na przemian drapie w drzwi i podskakuje. W końcu udało mu się nacisnąć dzwonek, drzwi otworzyły się i stanął w nich Marek.
Smuga światła oświetliła obejmującą się parę.

- Mika? Co to ma być? Stara miłość nie rdzewieje? – powiedział Marek drewnianym głosem, a jego twarz, z początku uśmiechnięta, przybrała wyraz, w którym trudno było odczytać niedawną życzliwość, z jaką ją zapraszał.

- Ja tylko niosę pomoc! Tylko pomoc!- zawołał jegomość i lekko odsunął się od Dominiki. – No co ty? To nie tak jak myślisz. Pani skręciła nogę na schodach. Pomógłbyś lepiej. Jak to Mika! Mika? Że też cię od razu nie poznałem!

- Jak miałeś mnie poznać, gdy ciemno? – powiedziała Dominika przyglądając się kolegom. Ja was też nie poznaję. Zmieniliśmy się wszyscy. Zaprosicie mnie w końcu, czy nie?

- Chodź, oczywiście! Dasz radę przejść? – Marek podał rękę swojej dawnej koleżance. – To światło, psia kość, cięgle kradną czujniki ruchu, jakby jakiś majątek kosztowały. A ty dokąd? – krzyknął za kierującym się w stronę schodów Kubą.

- Ja zaraz wracam, za chwileczkę.

W pokoju było niewiele osób. Dominika nie wszystkich pamiętała. Jakiś czas trwało wzajemne przedstawianie się i przypominanie, gdy w drzwiach stanął Kuba z bukietem róż.

- Jak ty się jednak nic nie zmieniłeś – zawołała Dominika, przekonana, że zaraz dostanie ten skradziony z trawnika bukiet. – Pamiętałeś?

- Trochę jednak się zmieniłem. Jestem sobą. Teraz już mogę być sobą – powiedział Kuba z uśmiechem, wręczając róże Markowi.

 

 

Opublikowano Proza | Otagowano , | Skomentuj

ROZMOWY Z NIEOBECNYM – wywiad z malarką Teresą Pietrzak-Kuna

W Galerii 022 należącej do Związku Artystów Plastyków, przy ul. Mazowieckiej 11a w Warszawie, odbył się wernisaż malarki Teresy Pietrzak-Kuny, w którym miałam przyjemność uczestniczyć. Wystawa już się zakończyła, więc nie można zobaczyć obrazów w galerii, ale mogę pokazać Państwu cząstkę wystawy wirtualnej i zaprosić na rozmowę z autorką obrazów. Proszę nie spodziewać się wykładu. Niech to lepiej robią znawcy malarstwa. Ja postaram się przedstawić autorkę i jej obrazy. To co maluje jest przecież dla wszystkich, również dla tych, którzy nie ukończyli Akademii Sztuk Pięknych ani nie znają historii sztuki. W oglądaniu obrazów jest jakaś tajemnica, coś z misterium. Wystarczy odrobina wrażliwości i empatii, by wejść w świat barw, kształtów i faktur. Trudno opisać wszystkie skojarzenia i doznania jakie nas wtedy mogą ogarnąć. Można się poczuć tak, jakbyśmy przez chwilę zatrzymali się na granicy jawy i snu. Obrazy potrafią wywołać niezwykłe emocje.

Joanna Jakubik – Witam. Dosyć intrygujący jest tytuł wystawy: “Rozmowy z nieobecnym”. Kim jest ta osoba, której nie ma?

Teresa Pietrzak-Kuna – Och nie! To nie chodzi o jakąś konkretną osobę. To dotyczy tych, którzy już odeszli, a mieli wpływ na moje życie, w jakiś sposób zaważyli na tym, kim jestem. Moi profesorowie, mój mąż, rodzice, przyjaciele… Nie mogę już się z nimi spotkać, porozmawiać, czy spytać o radę w świecie realnym, ale mogę z nimi rozmawiać poprzez obrazy. To w gruncie rzeczy takie historie o mnie i o nich.

J.J. – Na obrazach głównie widzę kobiety i to w większości nagie kobiety. Nawet jeśli jest postać mężczyzny, wyłania się gdzieś z tła. Dlaczego wybierasz takie tematy?

T.P.-K. – Mężczyźni rzadko się rozbierają, a ja mam w domu duże lustro (śmiech). Lubię malować kobiety, nawet gdy byłam jeszcze w Akademii, większość moich prac była na bazie kobiety. W końcu jestem kobietą. W moim życiu mężczyźni też są w tle.

J.J. – Ale wśród nieobecnych, których wymieniłaś, są i mężczyźni, a na obrazach są również pary. Dwie kobiety, albo kobieta i mężczyzna, albo w ogóle więcej postaci. Na jednym z obrazów mężczyzna wydaje się postacią dominującą. Pochyla się nad leżącą kobietą i wygląda tak, jakby chciał jej zrobić krzywdę. Czy ten przedmiot to trójząb?

T.P.K. – Ale to nie jest Neptun (śmiech). Ten obraz jest bardzo osobisty. Namalowałam go gdy przyszła pocztówka znad morza. Nie ma sensu o tym opowiadać, bo każdy może sobie stworzyć swoją historię. W końcu to osoba oglądająca obraz ma coś sobie skojarzyć, coś przeżyć. Ty też już zaczęłaś opowiadać jakąś historię. Chcesz wytłumaczyć to, co zobaczyłaś. Na tamtym obrazie są dwie kobiety i mężczyzna z karabinem, a nikt go nie zauważył (śmiech).

J.J. – Mnie się zdawało, że tam są konie w tle.

T.P-K. – Bo są. Rozwiane grzywy, chrapy końskie, kopyta, ale jeśli się dobrze przyjrzysz to jest tam coś jeszcze. Popatrz z tej strony, a zobaczysz orła białego.

J.J. – Rzeczywiście. Aż trudno uwierzyć, że nie widziałam go wcześniej. To jakieś malarskie czary-mary.

T.P.K. – Ten obraz malowałam bardzo długo. W ogóle długo maluję. Ciągle coś zmieniam, domalowuję, poprawiam … ale ten wyjątkowo długo. Może dlatego jest taki nierzeczywisty. Są w nim zapisane różne rozmowy i różne zdarzenia. To okres gdy byłam w Tarnowie w czasie stanu wojennego, a potem jeszcze kilka wydarzeń. I góry. Tam jest Giewont.

J.J – To stąd ten orzeł? Czy może jest symbolem czegoś więcej? A dlaczego konie?

T.P.-K. – Jeżdżę konno. Uwielbiam to. Konie potrafią być też niebezpieczne. Na obrazie za chwilę wszystko stratują. Miało ich być więcej, ale po iluś zmianach, powstała kobieta, a potem druga i obraz mi złagodniał.

J.J. – To znaczy, że jak zaczynasz malować, nie wiesz co powstanie na końcu?

T.P.-K. – Jakiś ogólny zamysł mam, ale cała kompozycja ulega zmianom i zależy od nastroju, atmosfery, czy czegoś tam jeszcze, co się wydarzy. Ciągle walczę z literaturą w tych moich obrazach. Każdy musi sobie sam dopowiedzieć resztę historii. W ogóle to nie jestem zadowolona, że ta literatura jest gdzieś tam za bardzo czytelna.

J.J – Ale co to jest, jakieś opowiadanie, książka?

T.P.-K. – To mój życiorys. Ten obraz z końmi, to moja obecność na Podhalu w pewnym momencie i wszystko co się zdarzyło w tym okresie. Ale to nie jest dobre, jeśli jest za bardzo czytelne. Walczę z gadatliwością, bo tak to mogłabym ilustrować książki, a obraz ma samodzielnie zadziałać na każdego, kto go ogląda. To, że są tu elementy mojego życiorysu, nie ma większego znaczenia. Ja nie jestem tu ważna. To ma być obraz świata, bardziej ogólna perspektywa. Każdy ma swoją własną i z niej będzie oceniał i interpretował to co widzi.

J.J. – No właśnie, jak autor zaczyna za bardzo tłumaczyć, co namalował, to się okazuje, że mówi o czymś zupełnie innym, niż widz zobaczył. Orła zobaczyłam, ale tej drugiej kobiety nie widzę, no i tego karabinu, o którym mówiłaś. Skąd w ogóle ten karabin?

T.P.-K. – Nie widzisz, bo ta druga jest złamana. Jedna noga, druga noga, potem popłynęła, rozwiała się…

J.J. – A skąd się wziął karabin?

T.P.-K. – Takie czasy były. Solidarność. Mówiąc szumnie walczyłam, gonili mnie, strzelali… w coś tam się angażowałam, zachwycałam się różnymi rzeczami. Potem pożegnałam Wojtka, a na końcu wszystko się rozwiało i Wojtek odfrunął. Tak to jest. Wybiera się różne motywy, mają być na obrazie, a później się z nich rezygnuje i wszystko się zmienia, zostaje tylko to co być musi. W życiu podobnie, nie wszystko jest tak jak zaplanujemy, a obraz rzeczywistości jest wypadkową tego co się zdarzyło.

J.J. – Ale mogłoby wszystko zostać. Tak jak dokumentacja. Kasujesz to, o czym nie chcesz myśleć?

T.P.-K. – No nie, chyba nie tak. Tak to mogłabym namalować coś na podstawie swoich opowiadań.

J.J. – Piszesz opowiadania? Opowiadania są inspiracją do namalowania obrazu, czy odwrotnie?

T.P.-K. – Czasami tak, ale trudno to łączyć. Opowiadanie piszę kilka lub kilkanaście godzin, czasem kilka dni. Obraz maluję o wiele dłużej. Opowiadanie jest jakimś fragmentem, obraz obejmuje całość. Zresztą moje obrazy to nie ilustracje, tu mogę sobie poszaleć. W pisaniu potrzeba innych środków wyrazu. Prof. Siennicki określił to co piszę jako prozę poetycką, więc też nie jest to takie całkiem rzeczywiste. Myślałam o wydaniu książki, ale chyba jeszcze na to za wcześnie. Poza tym malarz musi z czegoś żyć. Obrazy sprzedaję, a nie jestem pewna czy ktoś kupiłby moje opowiadania (śmiech).

J.J. – Dosyć gorzko to zabrzmiało.

T.P.-K. – Gorzko? No gorzko. Ale nie spodziewaj się, że się będę żalić. Robię to co jest dla mnie najważniejsze, nie wyobrażam sobie abym mogła robić coś innego. A opowiadania? Może ktoś je wyda po mojej śmierci (śmiech). Każdy zawód wymaga wyrzeczeń. Z wielu rzeczy w życiu rezygnuję na korzyść malowania i tak ma być. Ale męczy mnie to, że jestem taka podzielona. Mieszkam gdzie indziej, pracownię mam gdzie indziej. Mnóstwo czasu zajmuje mi transport obrazów i tu też jestem zdana na pomoc przyjaciół. Na wystawę przyjechaliśmy z Ząbek, nie było gdzie zaparkować, musieliśmy wracać po resztę obrazów. Nie mogłam zabrać tego, co chciałam pokazać, bo nie było jak przewieźć. Zresztą nikt i tak tego obrazu by nie wniósł po schodach. Nawet nie wiem czy zmieściłby się przez drzwi.

J.J. – Taki duży?

T.P.-K. – Lubię przestrzeń (śmiech).

J.J. – A pejzaże? Kiedyś je malowałaś, gdy byłaś jeszcze w Kępie. Ale pamiętam też pejzaże z poprzedniej wystawy, bardziej impresjonistyczne niż te kępskie. Też były dużych rozmiarów. Takie w twoim stylu, jak to okno na przykład. Teraz pokazujesz tylko jeden mały pejzaż. Droga i samotna postać. Tytuł mógłby być „Samotność”, bo ona aż razi. Zresztą nie tylko na tym obrazie. Słyszałam nawet jak ktoś powiedział na wernisażu, że wszystkie te obrazy są smutne, a nawet przygnębiające.

T.P.-K. – Przecież tyle w nich koloru (śmiech). Może i są smutne. Sama nie wiem. Życie za wesołe nie jest.

J.J. – A może wylewasz ten smutek na obrazy i dlatego udało ci się zachować pogodę ducha?

T.P.-K. – Może. Tego obrazu z drogą, na poprzedniej wystawie nie było. Powstał później. Zresztą już jest sprzedany. Podobnie jak srebrny cykl. Wszyscy orzekli, że to najlepszy obraz, a mnie się wydaje, że najgorszy (śmiech). Te pejzaże, które były na poprzedniej wystawie… Wiesz, że takim moim wzorem, czy idolem był profesor Siennicki. Twierdził, że jak na wystawie znajdzie dwa obrazy dobre, to jest to dobra wystawa. Napisał mi w recenzji, że na mojej wystawie widział więcej niż dwa obrazy. Jestem z tego bardzo dumna.

J.J. – A jak to było w wystawami w Berlinie i Genewie.

T.P.-K. – To były wystawy w Galerii Art Pologne, ale niestety odbyły się bez autora. Autor nie dojechał. Może nie lubię podróży? (śmiech) Moje akwarele zawiózł Pan Skorupski, który to wszystko organizował. Wystawa przeszła jednak bez większego echa. To był okres solidarnościowy, no i mur jeszcze stał. Nie dostałam paszportu. Podobnie było z wystawą w 1989 w International Art. Horizons w Nowym Jorku. Tam z kolei nie dostałam wizy i pojechały tylko moje prace. To mniej więcej ten sam czas. A przecież nigdy nie miałam zamiaru przenosić się zagranicę, wróciłabym nawet gdybym wtedy wyjechała.

J.J. – Byłaś kiedyś bardziej aktywna. Potem zniknęłaś. Co było tego powodem?

T.P.-K. – Może się wypaliłam, a może trochę rozczarowałam. Za dużo się wokół mnie działo, a potem nagle cisza. No i ciągle się wtedy przenosiłam. Warszawa, Kępa, Warszawa, Nowy Targ, Tarnów, Zakopane, Ząbki znowu Warszawa. Ciągłe wyjazdy, przeprowadzki. Poza tym nie miałam ochoty na żadne kontakty. Potrzebny był mi czas izolacji, wyciszenia. Musiałam się pozbierać. Kilka osób odeszło. Między innymi Siennicki, który był dla mnie oparciem duchowym. A wiesz, zaraz po zakończeniu mojej wystawy, w Galerii aTAK na Krakowskim Przedmieściu, otwarto pierwszą pośmiertną wystawę prac Siennickiego. Większość z tych obrazów znam, ale zobaczyć je razem… To robi wrażenie.


J.J. – W pracowni profesora Siennickiego robiłaś dyplom, a co z rzeźbą, byłaś też w pracowni profesora Owidzkiego?

T.P.-K. – Myślałam o czystej rzeźbie i trochę tej rzeźby robiłam. Profesorowi się to podobało, ale rzeźby nie można było zrobić w stanie wojennym. Po trzynastym grudnia poszłam do profesora Owidzkiego, padłam na kolana i powiedziałam, że musi mnie przyjąć na wydział. On się zgodził, a mnie udało się zaliczyć tylko kompozycję brył i płaszczyzn. Ale bardzo mu się podobała jedna moja kompozycja. Zobaczył ją dopiero na wystawie. Zrobiłam kiedyś całą orkiestrę. Z tego co wtedy powstało, mam jeszcze taki trójwymiarowy tryptyk kępski na desce. Było kilka rzeczy ważnych, ale i tak wolę malować. Do rzeźby mam chyba za mało siły, tej fizycznej także.

J.J. – Kępa to już zamknięty okres? Trochę szkoda, bo tamte pejzaże były bardzo urokliwe.

T.P.-K. – Nie chcę oglądać się do tyłu. To co wtedy malowałam już mnie nie interesuje.
Teraz przenoszę się do pracowni w Warszawie i zobaczymy co będzie. Ważniejsze co przede mną. A moim mottem na następne lata, niech będzie to co napisał Jan Cybis:
„Nie potrzeba mieć racji, trzeba mieć powód do malowania.
Malarstwo nie jest zajęciem dla płochliwych. Trzeba umieć czekać na wynik.”

J.J. – Skoro masz powód do malowania, to jakie masz plany na przyszłość i gdzie będzie można zobaczyć twoje obrazy?

T.P.-K. – Obrazy wiszą w różnych galerach w Warszawie i w Tarnowie. Tam można je zobaczyć i kupić. No i w wielu domach. Ale przygotowuję też następną wystawę. Zarezerwowane mam wstępnie dwa letnie miesiące w Galerii na Chmielnej 132 w Warszawie. To będzie zupełnie coś innego. Ale to jeszcze tajemnica i sama też nie wiem dokładnie jak mi się uda. Mam nadzieję, że będzie dobrze.

J.J. – Życzę zatem powodzenia i realizacji wszystkich planów. Dziękuję za spotkanie i rozmowę.

Teresa Pietrzak – Kuna
Studia na warszawskiej ASP ukończone w 1982 r.
Dyplom z malarstwa w pracowni prof. Jacka Sienickiego.
Kompozycja brył i płaszczyzn w pracowni prof. Romana Owidzkiego.
Podyplomowe studia scenografii u prof. Józefa Szajny.

Udział w zbiorowych wystawach malarstwa i rysunku:
1983-86 – „Obecność” w kościele przy ul. Żytniej w Warszawie
1984 – Wystawa rysunku w Edynburgu w Szkocji.
1988 – „Nowy Arsenał” w Warszawie
1987-89 – Rysunek satyryczny w Istambule w Turcji
1989 – International Art. Horizons – Nowy Jork
1992 – Wystawa ASP Warszawska Dekada Sztuki
2003 i 2005 – Wystawa „Tarnowskie Klimaty”

Scenografie:
1995-2000 – w Teatrze Muzycznym „Łazienki” przy PK PS w Warszawie
1999 – w Grupie „Kontrast” w Chylicach

Wystawy indywidualne:
W Berlinie Zachodnim, Genewie, Poznaniu i w Warszawie
Prace w kolekcjach prywatnych w Polsce i za granicą.

 

 

Opublikowano Wywiady | Otagowano , , , | 1 komentarz