
W Galerii 022 należącej do Związku Artystów Plastyków, przy ul. Mazowieckiej 11a w Warszawie, odbył się wernisaż malarki Teresy Pietrzak-Kuny, w którym miałam przyjemność uczestniczyć. Wystawa już się zakończyła, więc nie można zobaczyć obrazów w galerii, ale mogę pokazać Państwu cząstkę wystawy wirtualnej i zaprosić na rozmowę z autorką obrazów. Proszę nie spodziewać się wykładu. Niech to lepiej robią znawcy malarstwa. Ja postaram się przedstawić autorkę i jej obrazy. To co maluje jest przecież dla wszystkich, również dla tych, którzy nie ukończyli Akademii Sztuk Pięknych ani nie znają historii sztuki. W oglądaniu obrazów jest jakaś tajemnica, coś z misterium. Wystarczy odrobina wrażliwości i empatii, by wejść w świat barw, kształtów i faktur. Trudno opisać wszystkie skojarzenia i doznania jakie nas wtedy mogą ogarnąć. Można się poczuć tak, jakbyśmy przez chwilę zatrzymali się na granicy jawy i snu. Obrazy potrafią wywołać niezwykłe emocje.
Joanna Jakubik – Witam. Dosyć intrygujący jest tytuł wystawy: “Rozmowy z nieobecnym”. Kim jest ta osoba, której nie ma?
Teresa Pietrzak-Kuna – Och nie! To nie chodzi o jakąś konkretną osobę. To dotyczy tych, którzy już odeszli, a mieli wpływ na moje życie, w jakiś sposób zaważyli na tym, kim jestem. Moi profesorowie, mój mąż, rodzice, przyjaciele… Nie mogę już się z nimi spotkać, porozmawiać, czy spytać o radę w świecie realnym, ale mogę z nimi rozmawiać poprzez obrazy. To w gruncie rzeczy takie historie o mnie i o nich.
J.J. – Na obrazach głównie widzę kobiety i to w większości nagie kobiety. Nawet jeśli jest postać mężczyzny, wyłania się gdzieś z tła. Dlaczego wybierasz takie tematy?
T.P.-K. – Mężczyźni rzadko się rozbierają, a ja mam w domu duże lustro (śmiech). Lubię malować kobiety, nawet gdy byłam jeszcze w Akademii, większość moich prac była na bazie kobiety. W końcu jestem kobietą. W moim życiu mężczyźni też są w tle.
J.J. – Ale wśród nieobecnych, których wymieniłaś, są i mężczyźni, a na obrazach są również pary. Dwie kobiety, albo kobieta i mężczyzna, albo w ogóle więcej postaci. Na jednym z obrazów mężczyzna wydaje się postacią dominującą. Pochyla się nad leżącą kobietą i wygląda tak, jakby chciał jej zrobić krzywdę. Czy ten przedmiot to trójząb?
T.P.K. – Ale to nie jest Neptun (śmiech). Ten obraz jest bardzo osobisty. Namalowałam go gdy przyszła pocztówka znad morza. Nie ma sensu o tym opowiadać, bo każdy może sobie stworzyć swoją historię. W końcu to osoba oglądająca obraz ma coś sobie skojarzyć, coś przeżyć. Ty też już zaczęłaś opowiadać jakąś historię. Chcesz wytłumaczyć to, co zobaczyłaś. Na tamtym obrazie są dwie kobiety i mężczyzna z karabinem, a nikt go nie zauważył (śmiech).
J.J. – Mnie się zdawało, że tam są konie w tle.
T.P-K. – Bo są. Rozwiane grzywy, chrapy końskie, kopyta, ale jeśli się dobrze przyjrzysz to jest tam coś jeszcze. Popatrz z tej strony, a zobaczysz orła białego.
J.J. – Rzeczywiście. Aż trudno uwierzyć, że nie widziałam go wcześniej. To jakieś malarskie czary-mary.
T.P.K. – Ten obraz malowałam bardzo długo. W ogóle długo maluję. Ciągle coś zmieniam, domalowuję, poprawiam … ale ten wyjątkowo długo. Może dlatego jest taki nierzeczywisty. Są w nim zapisane różne rozmowy i różne zdarzenia. To okres gdy byłam w Tarnowie w czasie stanu wojennego, a potem jeszcze kilka wydarzeń. I góry. Tam jest Giewont.
J.J – To stąd ten orzeł? Czy może jest symbolem czegoś więcej? A dlaczego konie?
T.P.-K. – Jeżdżę konno. Uwielbiam to. Konie potrafią być też niebezpieczne. Na obrazie za chwilę wszystko stratują. Miało ich być więcej, ale po iluś zmianach, powstała kobieta, a potem druga i obraz mi złagodniał.
J.J. – To znaczy, że jak zaczynasz malować, nie wiesz co powstanie na końcu?
T.P.-K. – Jakiś ogólny zamysł mam, ale cała kompozycja ulega zmianom i zależy od nastroju, atmosfery, czy czegoś tam jeszcze, co się wydarzy. Ciągle walczę z literaturą w tych moich obrazach. Każdy musi sobie sam dopowiedzieć resztę historii. W ogóle to nie jestem zadowolona, że ta literatura jest gdzieś tam za bardzo czytelna.
J.J – Ale co to jest, jakieś opowiadanie, książka?
T.P.-K. – To mój życiorys. Ten obraz z końmi, to moja obecność na Podhalu w pewnym momencie i wszystko co się zdarzyło w tym okresie. Ale to nie jest dobre, jeśli jest za bardzo czytelne. Walczę z gadatliwością, bo tak to mogłabym ilustrować książki, a obraz ma samodzielnie zadziałać na każdego, kto go ogląda. To, że są tu elementy mojego życiorysu, nie ma większego znaczenia. Ja nie jestem tu ważna. To ma być obraz świata, bardziej ogólna perspektywa. Każdy ma swoją własną i z niej będzie oceniał i interpretował to co widzi.
J.J. – No właśnie, jak autor zaczyna za bardzo tłumaczyć, co namalował, to się okazuje, że mówi o czymś zupełnie innym, niż widz zobaczył. Orła zobaczyłam, ale tej drugiej kobiety nie widzę, no i tego karabinu, o którym mówiłaś. Skąd w ogóle ten karabin?
T.P.-K. – Nie widzisz, bo ta druga jest złamana. Jedna noga, druga noga, potem popłynęła, rozwiała się…
J.J. – A skąd się wziął karabin?
T.P.-K. – Takie czasy były. Solidarność. Mówiąc szumnie walczyłam, gonili mnie, strzelali… w coś tam się angażowałam, zachwycałam się różnymi rzeczami. Potem pożegnałam Wojtka, a na końcu wszystko się rozwiało i Wojtek odfrunął. Tak to jest. Wybiera się różne motywy, mają być na obrazie, a później się z nich rezygnuje i wszystko się zmienia, zostaje tylko to co być musi. W życiu podobnie, nie wszystko jest tak jak zaplanujemy, a obraz rzeczywistości jest wypadkową tego co się zdarzyło.

J.J. – Ale mogłoby wszystko zostać. Tak jak dokumentacja. Kasujesz to, o czym nie chcesz myśleć?
T.P.-K. – No nie, chyba nie tak. Tak to mogłabym namalować coś na podstawie swoich opowiadań.
J.J. – Piszesz opowiadania? Opowiadania są inspiracją do namalowania obrazu, czy odwrotnie?
T.P.-K. – Czasami tak, ale trudno to łączyć. Opowiadanie piszę kilka lub kilkanaście godzin, czasem kilka dni. Obraz maluję o wiele dłużej. Opowiadanie jest jakimś fragmentem, obraz obejmuje całość. Zresztą moje obrazy to nie ilustracje, tu mogę sobie poszaleć. W pisaniu potrzeba innych środków wyrazu. Prof. Siennicki określił to co piszę jako prozę poetycką, więc też nie jest to takie całkiem rzeczywiste. Myślałam o wydaniu książki, ale chyba jeszcze na to za wcześnie. Poza tym malarz musi z czegoś żyć. Obrazy sprzedaję, a nie jestem pewna czy ktoś kupiłby moje opowiadania (śmiech).
J.J. – Dosyć gorzko to zabrzmiało.
T.P.-K. – Gorzko? No gorzko. Ale nie spodziewaj się, że się będę żalić. Robię to co jest dla mnie najważniejsze, nie wyobrażam sobie abym mogła robić coś innego. A opowiadania? Może ktoś je wyda po mojej śmierci (śmiech). Każdy zawód wymaga wyrzeczeń. Z wielu rzeczy w życiu rezygnuję na korzyść malowania i tak ma być. Ale męczy mnie to, że jestem taka podzielona. Mieszkam gdzie indziej, pracownię mam gdzie indziej. Mnóstwo czasu zajmuje mi transport obrazów i tu też jestem zdana na pomoc przyjaciół. Na wystawę przyjechaliśmy z Ząbek, nie było gdzie zaparkować, musieliśmy wracać po resztę obrazów. Nie mogłam zabrać tego, co chciałam pokazać, bo nie było jak przewieźć. Zresztą nikt i tak tego obrazu by nie wniósł po schodach. Nawet nie wiem czy zmieściłby się przez drzwi.
J.J. – Taki duży?
T.P.-K. – Lubię przestrzeń (śmiech).
J.J. – A pejzaże? Kiedyś je malowałaś, gdy byłaś jeszcze w Kępie. Ale pamiętam też pejzaże z poprzedniej wystawy, bardziej impresjonistyczne niż te kępskie. Też były dużych rozmiarów. Takie w twoim stylu, jak to okno na przykład. Teraz pokazujesz tylko jeden mały pejzaż. Droga i samotna postać. Tytuł mógłby być „Samotność”, bo ona aż razi. Zresztą nie tylko na tym obrazie. Słyszałam nawet jak ktoś powiedział na wernisażu, że wszystkie te obrazy są smutne, a nawet przygnębiające.
T.P.-K. – Przecież tyle w nich koloru (śmiech). Może i są smutne. Sama nie wiem. Życie za wesołe nie jest.
J.J. – A może wylewasz ten smutek na obrazy i dlatego udało ci się zachować pogodę ducha?
T.P.-K. – Może. Tego obrazu z drogą, na poprzedniej wystawie nie było. Powstał później. Zresztą już jest sprzedany. Podobnie jak srebrny cykl. Wszyscy orzekli, że to najlepszy obraz, a mnie się wydaje, że najgorszy (śmiech). Te pejzaże, które były na poprzedniej wystawie… Wiesz, że takim moim wzorem, czy idolem był profesor Siennicki. Twierdził, że jak na wystawie znajdzie dwa obrazy dobre, to jest to dobra wystawa. Napisał mi w recenzji, że na mojej wystawie widział więcej niż dwa obrazy. Jestem z tego bardzo dumna.
J.J. – A jak to było w wystawami w Berlinie i Genewie.
T.P.-K. – To były wystawy w Galerii Art Pologne, ale niestety odbyły się bez autora. Autor nie dojechał. Może nie lubię podróży? (śmiech) Moje akwarele zawiózł Pan Skorupski, który to wszystko organizował. Wystawa przeszła jednak bez większego echa. To był okres solidarnościowy, no i mur jeszcze stał. Nie dostałam paszportu. Podobnie było z wystawą w 1989 w International Art. Horizons w Nowym Jorku. Tam z kolei nie dostałam wizy i pojechały tylko moje prace. To mniej więcej ten sam czas. A przecież nigdy nie miałam zamiaru przenosić się zagranicę, wróciłabym nawet gdybym wtedy wyjechała.
J.J. – Byłaś kiedyś bardziej aktywna. Potem zniknęłaś. Co było tego powodem?
T.P.-K. – Może się wypaliłam, a może trochę rozczarowałam. Za dużo się wokół mnie działo, a potem nagle cisza. No i ciągle się wtedy przenosiłam. Warszawa, Kępa, Warszawa, Nowy Targ, Tarnów, Zakopane, Ząbki znowu Warszawa. Ciągłe wyjazdy, przeprowadzki. Poza tym nie miałam ochoty na żadne kontakty. Potrzebny był mi czas izolacji, wyciszenia. Musiałam się pozbierać. Kilka osób odeszło. Między innymi Siennicki, który był dla mnie oparciem duchowym. A wiesz, zaraz po zakończeniu mojej wystawy, w Galerii aTAK na Krakowskim Przedmieściu, otwarto pierwszą pośmiertną wystawę prac Siennickiego. Większość z tych obrazów znam, ale zobaczyć je razem… To robi wrażenie.

J.J. – W pracowni profesora Siennickiego robiłaś dyplom, a co z rzeźbą, byłaś też w pracowni profesora Owidzkiego?
T.P.-K. – Myślałam o czystej rzeźbie i trochę tej rzeźby robiłam. Profesorowi się to podobało, ale rzeźby nie można było zrobić w stanie wojennym. Po trzynastym grudnia poszłam do profesora Owidzkiego, padłam na kolana i powiedziałam, że musi mnie przyjąć na wydział. On się zgodził, a mnie udało się zaliczyć tylko kompozycję brył i płaszczyzn. Ale bardzo mu się podobała jedna moja kompozycja. Zobaczył ją dopiero na wystawie. Zrobiłam kiedyś całą orkiestrę. Z tego co wtedy powstało, mam jeszcze taki trójwymiarowy tryptyk kępski na desce. Było kilka rzeczy ważnych, ale i tak wolę malować. Do rzeźby mam chyba za mało siły, tej fizycznej także.
J.J. – Kępa to już zamknięty okres? Trochę szkoda, bo tamte pejzaże były bardzo urokliwe.
T.P.-K. – Nie chcę oglądać się do tyłu. To co wtedy malowałam już mnie nie interesuje.
Teraz przenoszę się do pracowni w Warszawie i zobaczymy co będzie. Ważniejsze co przede mną. A moim mottem na następne lata, niech będzie to co napisał Jan Cybis:
„Nie potrzeba mieć racji, trzeba mieć powód do malowania.
Malarstwo nie jest zajęciem dla płochliwych. Trzeba umieć czekać na wynik.”
J.J. – Skoro masz powód do malowania, to jakie masz plany na przyszłość i gdzie będzie można zobaczyć twoje obrazy?
T.P.-K. – Obrazy wiszą w różnych galerach w Warszawie i w Tarnowie. Tam można je zobaczyć i kupić. No i w wielu domach. Ale przygotowuję też następną wystawę. Zarezerwowane mam wstępnie dwa letnie miesiące w Galerii na Chmielnej 132 w Warszawie. To będzie zupełnie coś innego. Ale to jeszcze tajemnica i sama też nie wiem dokładnie jak mi się uda. Mam nadzieję, że będzie dobrze.
J.J. – Życzę zatem powodzenia i realizacji wszystkich planów. Dziękuję za spotkanie i rozmowę.
Teresa Pietrzak – Kuna
Studia na warszawskiej ASP ukończone w 1982 r.
Dyplom z malarstwa w pracowni prof. Jacka Sienickiego.
Kompozycja brył i płaszczyzn w pracowni prof. Romana Owidzkiego.
Podyplomowe studia scenografii u prof. Józefa Szajny.
Udział w zbiorowych wystawach malarstwa i rysunku:
1983-86 – „Obecność” w kościele przy ul. Żytniej w Warszawie
1984 – Wystawa rysunku w Edynburgu w Szkocji.
1988 – „Nowy Arsenał” w Warszawie
1987-89 – Rysunek satyryczny w Istambule w Turcji
1989 – International Art. Horizons – Nowy Jork
1992 – Wystawa ASP Warszawska Dekada Sztuki
2003 i 2005 – Wystawa „Tarnowskie Klimaty”
Scenografie:
1995-2000 – w Teatrze Muzycznym „Łazienki” przy PK PS w Warszawie
1999 – w Grupie „Kontrast” w Chylicach
Wystawy indywidualne:
W Berlinie Zachodnim, Genewie, Poznaniu i w Warszawie
Prace w kolekcjach prywatnych w Polsce i za granicą.